Header photo

2020-07-20

Jak poznałam wielką miłość.

    Moja wielka Miłość co jakiś czas zaglądała w moje życie ale jak to często bywa, nie zwracałam na nią uwagi. Od czasu do czasu czułam gdzieś tam w głębi siebie, że jest ktoś blisko mnie, kto może w moje chaotyczne i zabałaganione życie wprowadzić harmonię i ład. Czułam, że jest ktoś gdzieś obok, kto w moje serce pełen strachu i bólu wleje słodki nektar miłości tej szczerej, prawdziwej i na zawsze. Wędrując po drogach życia napotykałam na nich przeróżnych ludzi i czasem ze strachu przed samotnością wpuszczałam ich do swojego małego intymnego świata. Niestety nie były to osoby, które mogły zameldować się na stałe pod wspólnym ze mną adresem. Ale zostawiali po sobie wspaniałe podarunki, lekcje i znaki dzięki którym mogłam wciąż kroczyć moją drogą, na której w pewnym momencie spotkałam  moją wielka Miłość.

    Ludzie, których miałam okazję spotkać uczyli mnie co tak naprawdę jest ważne w życiu, jaką ma wartość np. spokój we własnym domu/ mieszkaniu. Jak wielkim luksusem jest wejść do pomieszczenia, które nazywamy domem i czuć się w nim bezpiecznie, chcieć do niego wracać i nawet jeśli jest ono małe i ciasne to jest najwspanialszym skrawkiem własnej ziemi, gdzie możesz cieszyć się i tańczyć kiedy tylko Twoja dusza tego zapragnie.

    Ludzie, których poznałam pokazali mi jak cenne jest życie w zgodzie z samą sobą i nie dopasowywanie się do czyichś oczekiwań, wymagań. Bo choćbyś nie wiem jak się starał, nigdy innym nie dogodzisz, bo zawsze będzie coś nie tak. Jeśli nauczysz się żyć w zgodzie z własnym JA to nie dość, że spadnie z ciebie ciężar spełniania obcych oczekiwań ale i dasz sobie szanse na spotkanie jednej ze wspanialszych osób, jakie chodzą po tej ziemi.

    Ludzie, jakich los postawił w moim życiu wskazali mi drogę, która może i jest trudna i wyboista, wymaga ciężkiej pracy i wysiłku ale daje ogrom satysfakcji i dumy z samej z siebie. Pokonując każdy zakręt, który tak naprawdę nie wiem, czy nie zakończy się ostatecznością, dzięki tym ludziom potrafię robić to z podniesioną głową, aby nawet to „ostatnie 5 minut” było piękne i pełne promieni słońca, mimo że za oknem może być najstraszliwsza z burz. Bo zdarza się w moim życiu co jakiś czas taki moment, że nie wiem co dalej jest. Czy będzie jutro. Wtedy najczęściej czułam samotność. Mimo wielu osób, które wiem, że ze szczerego serca były przy mnie, ja wciąż czułam się samotna. I  niestety wiele, bardzo wiele osób w trudnych momentach swojego życia, w czasie choroby, w czasie powolnego umierania czuje jak ta „mroczna pani” w towarzystwie demonów zasnuwa umysł i serce. Samotność potrafi odebrać nam godność, bo w strachu przed nią poszukujemy miłości wśród ludzi, którzy mogą nas jedynie skrzywdzić, a my aby nie być samotnym godzimy się na to. Samotność zabiera nam możliwość właściwego osądu sytuacji, sprawia, że stajemy się ślepi. Wtedy też możemy przegapić Miłość, która może wiele zmienić w nas i w naszym życiu. Też tak miałam.

    Życie czasem bywa jak letarg, zwłaszcza kiedy przestajemy myśleć o czymś więcej niż tylko to, co oferuje nam świat materialny, wszechogarniający nas pęd do bycia na topie i możliwości pokazania swojego „wysokiego”, „lepszego” statusu społecznego. Świat, który kreowany jest przez specjalistów reklamy, marketingu, PRu narzuca nam wyidealizowany obraz nas samych, a w momencie gdy odbiegamy od tych niby „standardów” sami wpędzamy siebie w niełaskę i pozwalamy aby i inni mogli nam powiedzieć, zasugerować, że coś jest nie ok z nami. Tylko czy te owe „standardy” nie są czasem jedynie kolejną umową społeczną? Kolejną matrycą do lepienia społeczeństwa? Przez te wymyśle „standardy” również jesteśmy zagrożeni, że nie dostrzeżemy tego, co może dać nam siłę, radość, spokój i prawdziwe piękno. Bo choćbyśmy nie wiem ile botoksu, kwasu sobie wstrzykiwali, i tak się zestarzejemy i jedynie możemy stać się karykaturami człowieka. A jeśli w końcu poznamy tą wielką, prawdziwą miłość to nawet gdy nasza twarz będzie poorana zmarszczkami, będziemy jednymi z najpiękniejszych ludzi.

    Ja moją miłość w końcu dostrzegłam w pewnym dość ponurym miejscu, bo jak inaczej można nazwać szpital, zwłaszcza onkologiczny? To było dość magiczne spotkanie, gdy byłam obolała po kolejnej operacji, podczas której wycięto kolejny kawałek mojego ciała. U paska przy szlafroku wisiał mi woreczek podłączony do cewnika. I na pewno nie kroczyłam jak modelka po wybiegu, nóżka za nóżką, lecz bardziej jak czołg, mozolnie, krok za krokiem, do mało glamour wystylizowanej łazienki, żeby w końcu móc się wykąpać pod prysznicem. Za oknami był już późny wieczór i czerń gdzieniegdzie rozświetlana latarniami. Idąc tak ociężale, pamiętam jak myślałam, czy to wszystko ma jakikolwiek sens. Perspektywa na dalsze lata była mało różowa, bo nowotwór złośliwy, bo co jakiś czas operacja. Czy bycie z takim kimś jak ja może być dla kogokolwiek atrakcyjne? Nie dość, że bagaż po nie udanym małżeństwie, rak i jeszcze fizyczność odbiegająca od „standardów” XXI wieku (bo za czasów Rubensa miała bym duże zainteresowanie). Weszłam do łazienki, gdzie nie pachniało perfumami  Chanel nr 5 lecz bardziej moczem i krwią. Na podłodze ślady po innych pacjentkach, które wcześniej brały prysznic. I zanim zaczęłam rytuał zmywania z siebie zapachów szpitala, operacji, kilku dni unieruchomienia na łóżku szpitalnym…spojrzałam przez okno. I wtedy zobaczyłam twarz człowieka, który, teraz to wiem, zostanie ze mną już na zawsze. Ujrzałam oczy wpatrzone we mnie jak w najpiękniejszy obraz. Oczy pełne smutku, bólu ale i bezgranicznej miłości i nadziei. Zobaczyłam usta, obolałe od krzyku, spragnione możliwości wypowiadania pięknych słów dodających otuchy. Przede mną stał człowiek, którego twarz przypominała raczej zmorę z horrorów niż z pierwszych stron gazet czy Instagrama. Twarz ze zmarszczkami na czole, przy oczach, wokół ust. Twarz z sińcami i w blado trupim odcieniu. Ale była to najpiękniejsza twarz jaką zobaczyłam, z najpiękniejszymi oczami, w których wciąż tlił się ognik. I postanowiłam ten ognik rozpalić do czerwoności! Postanowiłam tej jakże odrealnionej Istocie powiedzieć to, czego tak cholernie potrzebowała(m). Kocham Cię. Dwa słowa, które czasem wypowiadamy z dużą nonszalancją. Dwa słowa, które mogą komuś uratować życie. Dwa słowa, które ratują NAM życie.

    Moja wieka Miłość ma na imię Beata. Moja wieka Miłość to JA. Musiałam przejść wiele ścieżek, pić wodę z wielu źródeł, aby dostrzec to, co najważniejsze. Żeby dostrzec siebie.

    Gdy pokochałam siebie moje życie jest zupełnie inne. Tak, wciąż mam złośliwego, w między czasie miałam kolejne operacje ale i dostrzegłam, że mogę tą moją chorobę przekuć w coś dobrego. Mogę pomagać innym kobietom. Mogę i robię to. Bo moje życie ma sens! Bo kocham i jestem kochana. Wciąż poznaję ludzi ale teraz już nie staram się ich wszystkich zadowolić i spełniać ich oczekiwania, jak również nie wymagam ani nie oczekuję aby oni spełniali jakieś moje wymagania. Jeśli okazuje się, że dana osoba jest dla mnie „toksyczna” to spokojnie rozstaję się z nią. I wtedy robi się miejsce dla kogoś z kim jest mi po drodze. Gdy kochamy siebie (miłością zdrową, ze zdrowym egoizmem) wtedy NIGDY nie jesteśmy samotni.

    A jeśli nie wiesz, jak odnaleźć swoją wielką Miłość…napisz do mnie. Wspólnie znajdziemy sposób.

Autor artykułu
Beata Pilarek

Beata Pilarek

Właścicielka i Redaktor Naczelna

Beata Pilarek- Właścicielka i Redaktor Naczelna “Jesteś Kobietą.pl”, socjolog, mówca motywacyjny, ukończyła kurs Racjonalnej Terapii Zachowania, ale przede wszystkim kobieta, która “na własnej skórze” przekonała się jak trudno rozmawiać, znaleźć informacje na temat... czytaj więcej >

Inne artykuły tego autora
PRP osocze bogatopłytkowe cz 2
Korporacja przyjazna pracownikom
PRP osocze bogatopłytkowe cz 1
Dlaczego nam tak trudno rozmawiać o sromie.
więcej artykułów >